
Tydzień temu przez Dwernik popędzono ku połoninom stado owiec. Sezon pastersko-serowy na Berehach Górnych rozpoczęty. Również i ja, drugi rok z rzędu, zaczęłam swoją serową przygodę. Koziołki, które urodziły się już w naszym gospodarstwie , rozdzieliłam od matek i dzięki temu codziennie rano mogę wydoić ¾ wiaderka koziego mleka. Wiele tego nie ma, ale na nasze potrzeby to i tak wystarczająco. Na razie trwa faza eksperymentów, dobierania odpowiedniej ilości podpuszczki, temperatury, długości krzepnięcia mleka i odciekania serwatki ze skrzepu. Potem smakowanie koziego sera i dobieranie przypraw. Muszę powiedzieć, że zabawa jest całkiem pasjonująca biorąc pod uwagę, że proces całościowo odbywa się w naszym bieszczadzkim gospodarstwie.
Najpierw jesienią gościliśmy kozła, aby wiosną porodziły się maluchy. Emocji było co niemiara. Potem stado ruszyło na nasze zielone łąki, teraz koziołki są oddzielane od matek, przez noc w wymionach zbiera się mleko, które rano z wielką frajdą zdajam do wiaderka. No a potem to już zabawa w kuchni. Efektami mojej pracy na pewno poczęstuje Was przy śniadaniu. Przekonacie się, że wbrew fałszywym opiniom kozi ser nie śmierdzi. Wielokrotnie testowałam to na gościach i znajomych zrażonych jakimiś dziwnymi wynalazkami. Zawsze byli zaskoczeni brakiem przykrego zapachu i nieciekawego smaku. Wielu z nich nawet nie orientowało się, że kawę zabielają sobie kozim mlekiem. Ot taki psikus z mojej strony.