Tokaj – krótka relacja

Krótki wypad do miasteczka Tokaj, w którym odbywał się festiwal win, pozwolił mi nieco zgłębić walory smakowe tamtejszych win. Oprócz stoisk winiarskich reprezentowanych przez najlepsze winnice regionu, prezentowali swoje wyroby przeróżni rzemieślnicy, sprzedawcy zwykłych gadżetów jakich zawsze pełno na tego typu imprezach (choć tutaj jakby przysłonięci tymi pierwszymi), jak również producenci wyrobów spożywczych. My od pierwszych chwil skupiłyśmy się na stoisku reprezentowanym przez rodzinę, która domowym sposobem przygotowywała langosze. Te ogólnie dostępne przekąski, niczym u nas zapiekanki, są smażone na głębokim tłuszczu. Tutaj technika była znacznie przyjaźniejsza dla żołądka. Wystawcy mięli specjalnie skonstruowany, przenośny piec opalany drewnem, więc ciasto drożdżowe było wypiekane w nim na miejscu. Na to szedł mazidłowy rodzaj sera owczego (zrozumiałam że bryndza, acz kontakt z Węgrami jest naprawdę trudny), skwarki, oliwa czosnkowa i ostra papryczka. Muszę przyznać że ten placuszek bardzo przypadł mi do gustu. Natomiast zapach palonego tłuszczu  ze zwykłych langoszarni przyprawiał mnie o niemiłe odczucia gastryczne. Ciekawe były też ciasteczka wypiekane również w na miejscu w piecyku, który jednocześnie obracał pałąkami obwiniętymi ciastem. Na koniec był on obtaczany w cukrze a potem w cynamonie. Ciasto było delikatne jak pierzynka a smak lekko podgrzanego cynamonu był przepyszny. Tak wiem, zachowywałyśmy się jak dzieci w wesołym miasteczku.

A kiedy przebiłyśmy się wreszcie do części z winami i dzierżyłyśmy już w dłoniach swój kielich mlaskaniom nie było końca. Uczestnicy imprezy, na lekkim rauszu, przechadzali się w pokojowym nastroju od stoiska do stoiska, czasem dla ochłonięcia, skręciło się w boczną ulicę, gdzie cisza i spokój pozwolił zagłębić się w smak trunku, potem znów wchodziło się w nurt ludzi na głównej ulicy, ponowne przebrnięcie przez stoiska pełne pokus i kolejna porcja wina. Żadnych awantur, rozpijaczonych biesiadników, pełna kultura.

Udało się nam również dotrzeć na konkurs gotowania zupy gulaszowej – Bogracz. Przechadzając się od kociołka do kociołka, poznawałyśmy zawartość tej zupy, jednocześnie szlifując uniwersalny język jakim jest mowa ciała. Niestety angielski jest mało popularny, raczej niemiecki ze względów historycznych ma większe grono użytkowników. Ale co chciałyśmy osiągnęłyśmy, a na koniec imprezy pojadłyśmy. Zwiedziłyśmy również jedną z winnic, która skrywa w swoich piwnicach dziesiątki beczek. Dla mnie największe wrażenie robiły ściany i butelki z winem pokryte pleśnią, która to ma nadawać specyficzne warunki dojrzewania ich winom. Odrażające ale i fascynujące, jak człowiek potrafi zaprząc do współpracy nawet plechę, aby otrzymać coś wyjątkowo smacznego.

Z wycieczki przywiozłam sobie do Dwernika własny kociołek, więc w przyszłym sezonie do menu wieczornych ognisk dołączę zupę gulaszową.