
Zima daje się we znaki. Kury bynajmniej, nie pieją z zachwytu. Teraz czeka je życie w zamkniętym kurniku, bez trawy, bez słońca, bez grzebania, bez robaczków. Beznadzieja zimowa. A zatem co i rusz podrzucam im buraka, a niech go obdziobią, jabłko, to samo, ścieram marchewkę, ugotuję ziemniaki, dostaną czasem jakąś kapustę, suszoną pokrzywę, głąb z kalafiora, cokolwiek aby tylko urozmaicić im to monotonne, zimowe, kurze życie. Wyjście na śnieg – patrzą na niego z obrzydzeniem. Gospodarze sympatią go też nie darzą.
Mrozi, śnieg popaduje, jak to mówią tutejsi, tylko siedzieć w domu i w piecu palić. Dzięki temu w domu mamy teraz jak pod pierzyną, więc wzięłam się ja za robienie pączków. Nagniotłam ich z kilograma mąki, nadziałam powidłem śliwkowym (oczywiście własnej roboty) i ulepiłam 39 pyzatych kulek. O smażeniu w smalcu nie ma mowy. Tak, podobno to najlepszy tłuszcz do smażenia pączków, ale nie gustując w wieprzowinie i jej pochodnych usmażyłam je po prostu na oleju. Myślę, że za dwa dni śladu po nich nie będzie. Hm…a może nawet jutro? Już podczas smażenia 3 pożarłam. Przecież muszę sprawdzić jak wyszły, czy temperatura smażenia nie za wysoka, a może za zimno im w tłuszczu. Potem trzeba sprawdzić jak się mają po ostygnięciu, po pierwszej godzinie, drugiej, czwartej. Wszystko to trzeba sprawdzić, zbierać dane, aby na przyszłość wiedzieć jak zrobić je jeszcze lepiej. I tak dzień minął na pączkowych badaniach. Tak to sobie dogadzamy w naszym bieszczadzkim gospodarstwie. A śnieg wciąż pada.